Konie i jeźdźcy oraz inne końskie sprawy ...

Hubertus 2003 w Owińskach




Wczesny termin 18 października zastał wybrany w nadziei na ładną pogodę. I tak się stało. Było nie tylko słonecznie, ale również dość ciepło, jak na tę porę roku. Dzięki temu od samego początku wszystkim dopisywały znakomite humory.

Najpierw - oczywiście - przygotowanie koni i sprzętu.



W międzyczasie do stajni przybyła "publiczność", czyli osoby, które miały wziąć udział w święcie podążając za jeźdźcami na wozie (w tym moja żona i ja). Około godziny jedenastej zebraliśmy się na łące przed stajnią na krótką odprawę.



Rolę mastra pełnił Artur, nasz instruktor. Mistrzem ceremonii - jak zwykle - był Stefan, właściciel stajni. Kontrmastrem został Mikołaj - jeden z tych "dzieciaków", które zestarzały się w tym czasie, kiedy my z żoną jeździmy konno :)



Po krótkim, oficjalnym powitaniu uczestników biegu myśliwskiego i gości, chwilą ciszy uczciliśmy pamięć zmarłego niedawno naszego kolegi. Jeszcze tylko łyk strzemiennego i Stefan dał sygnał do wyjazdu.



Jeźdźcy spotykali się trzy razy - nie licząc pogoni za lisem - z ekipą jadącą wozem. Przy tym dwa razy popisywali się skokami przez przeszkody - w zastępie i indywidualnie. Drugie spotkanie było nieco dłuższe, gdyż połączone z "popasem" uczestników. Wiecie - drobna przekąska, herbata, herbatka i coś do picia ;)



Po raz trzeci spotkaliśmy się już tylko po to, żeby razem podążać na miejsce pogoni za lisem. Tutaj muszę pochwalić przed światem nasze dwa wspaniałe olbrzymy, Bertę i Rotanola, które dzielnie ciągnęły wóz z rozbawioną gromadką.



Na polanie, na której odbyła się finałowa pogoń za lisem, zabawiliśmy dość długo. Pogoda jak na zamówienie i doskonały nastrój wcale nie skłaniały do pośpiechu i powrotu do stajni. Ponieważ nie trzeba było biegać i tupać dla rozgrzewki, niektórym nie chciało się nawet opuszczać wozu :))) W międzyczasie do ramienia Sebastiana została przypięta lisia kita ...



Pogoń była długa i nie pozbawiona momentów "dramatycznych", z których jednym był upadek z konia samego lisa - Sebastiana. W końcu Artur powiedział "koniec żartów - dałem wam dość czasu" i dopadł lisa zrywając mu kitę :)




Ponieważ wszystko dobre, co się dobrze kończy - trzeba było pomyśleć o powrocie do stajni. Zwłaszcza, że czekało tam ognisko, kiełbaski i kociołek znakomitej grochówki. Jeszcze chwila odpoczynku dla koni i jeźdźców, dekoracja zwycięzcy i uczestników biegu pamiątkowymi flots (my też wycyganiliśmy :))) ), ostatnia zbiórka i wracamy.



I ja tam byłem, to i owo piłem ... Starzy o przyzwoitej porze udali się na spoczynek, a młodzi biesiadowali jeszcze długo. Na drugi dzień, ci mniej zmęczeni (np. Borneo i ja) wzięli udział w bardzo sympatycznym - choć króciutkim - wyjeździe w teren.

Do następnego Hubertusa ...


Autorem zdjęć jest Hubert "Grzyb" Sobalak


Hubertus 2001 w Owińskach

Hubertus - historia i tradycja