Wczesny termin 18 października zastał wybrany w nadziei na ładną pogodę. I tak się stało.
Było nie tylko słonecznie, ale również dość ciepło, jak na tę porę roku. Dzięki temu od
samego początku wszystkim dopisywały znakomite humory.
Najpierw - oczywiście - przygotowanie koni i sprzętu.
W międzyczasie do stajni przybyła "publiczność", czyli osoby, które miały wziąć udział
w święcie podążając za jeźdźcami na wozie (w tym moja żona i ja). Około godziny jedenastej
zebraliśmy się na łące przed stajnią na krótką odprawę.
Rolę mastra pełnił Artur, nasz instruktor. Mistrzem ceremonii - jak zwykle - był Stefan,
właściciel stajni. Kontrmastrem został Mikołaj - jeden z tych "dzieciaków", które zestarzały
się w tym czasie, kiedy my z żoną jeździmy konno :)
Po krótkim, oficjalnym powitaniu uczestników biegu myśliwskiego i gości, chwilą ciszy
uczciliśmy pamięć zmarłego niedawno naszego kolegi.
Jeszcze tylko łyk strzemiennego i Stefan dał sygnał do wyjazdu.
Jeźdźcy spotykali się trzy razy - nie licząc pogoni za lisem - z ekipą jadącą wozem.
Przy tym dwa razy popisywali się skokami przez przeszkody - w zastępie i indywidualnie.
Drugie spotkanie było nieco dłuższe, gdyż połączone z "popasem" uczestników. Wiecie - drobna
przekąska, herbata, herbatka i coś do picia ;)
Po raz trzeci spotkaliśmy się już tylko po to, żeby razem podążać na miejsce pogoni za
lisem. Tutaj muszę pochwalić przed światem nasze dwa wspaniałe olbrzymy, Bertę
i Rotanola, które dzielnie ciągnęły wóz z rozbawioną gromadką.
Na polanie, na której odbyła się finałowa pogoń za lisem, zabawiliśmy dość długo.
Pogoda jak na zamówienie i doskonały nastrój wcale nie skłaniały do pośpiechu i powrotu do
stajni. Ponieważ nie trzeba było biegać i tupać dla rozgrzewki, niektórym nie chciało
się nawet opuszczać wozu :))) W międzyczasie do ramienia Sebastiana została przypięta lisia
kita ...
Pogoń była długa i nie pozbawiona momentów "dramatycznych", z których jednym był
upadek z konia samego lisa - Sebastiana. W końcu Artur powiedział "koniec żartów - dałem wam
dość czasu" i dopadł lisa zrywając mu kitę :)
Ponieważ wszystko dobre, co się dobrze kończy - trzeba było pomyśleć o powrocie do
stajni. Zwłaszcza, że czekało tam ognisko, kiełbaski i kociołek znakomitej grochówki. Jeszcze
chwila odpoczynku dla koni i jeźdźców, dekoracja zwycięzcy i uczestników biegu pamiątkowymi
flots (my też wycyganiliśmy :))) ), ostatnia zbiórka i wracamy.
I ja tam byłem, to i owo piłem ... Starzy o przyzwoitej porze udali się na spoczynek,
a młodzi biesiadowali jeszcze długo.
Na drugi dzień, ci mniej zmęczeni (np. Borneo i ja) wzięli udział w bardzo sympatycznym -
choć króciutkim - wyjeździe w teren.
Do następnego Hubertusa ...