
Skok przez konia.
Było letnie, niedzielne popołudnie. Ciepłe promienie
słońca nie zachęcały do wysiłku. Większość klubowiczów sączyła
chłodne piwo w cieniu kępy starych drzew o rozłożystych gałęziach.
Tylko dwa lub trzy konie pod najbardziej wytrwałymi dziewczynami
kłusowały po okólniku. Kilkoro przypadkowych spacerowiczów
przyglądało się niecodziennemu dla nich widowisku. We wrotach stajni
ukazał się mężczyzna prowadzący gniadego ogiera. Obaj słusznego
wzrostu. Obaj już nienajmłodsi. Widać było, że znają się nie od
dzisiaj. Poczłapali leniwie w stronę okólnika. Koń stanął spokojnie
i zwiesił sennie nieco przydługie uszy. Jeździec wydłużył trochę
puślisko do wsiadania. Nie chce się wysilać - może jeszcze o dwie
dziurki? Ludzie patrzą - trzeba to zrobić w miarę zgrabnie. Lewa
stopa do strzemienia, prawa noga prostuje się energicznie i wyrzuca
w górę ciężkie ciało ... Cholera! Te dwie dziurki to była przesada!
Siodło jest powyżej kroku! Mężczyzna silnie prostuje lewą nogę
opartą w strzemieniu i w locie wykonuje dodatkowy wymach prawą.
Wtedy przestaje panować nad prawami fizyki. Nie zdąży złapać prawego
strzemienia. Po pięknym locie balistycznym ląduje z hukiem po prawej
stronie zdziwionego ogiera. Krew uderza do głowy, nie słyszy salwy
śmiechu gapiów ...
Zagadka:
Kto to był? :-)))))
Moja siostra.
Na wesoło było - teraz na poważnie, ku przestrodze mniej doświadczonym
jeźdźcom. Będzie to nie tyle o upadku, co o wypadku.
Moja
siostra zaczęła lekcje jazdy konnej podobnie jak ja z żoną, to
znaczy "przy dziecku". Odbywały się one (lekcje) w komfortowych
warunkach, w leśniczówce pod Goczałkowicami. Może te warunki były
właśnie zbyt komfortowe. Konie przygotowywały inne, chętne do pomocy
dziewczyny, których zawsze parę znajdzie się w pobliżu koni. Lekcje
były zawsze indywidualne, tylko dla mojej siostry i jej córki. Nie
wiedziały więc adeptki sztuki jeździeckiej co to uniki przed zadem
konia, ani co to "tłok" na ujeżdżalni. Kiedy poczuły się już w
siodle w miarę pewnie wybrały się na jazdę do dużego, znakomitego
skądinąd ośrodka. Tam jednak jazda odbywała się w większym zastępie
i na dość ograniczonej powierzchni krytej ujeżdżalni. I stało się:
siostra nie dość, że najechała na poprzedzającego konia to
jeszcze z boku. Że te dwa konie na dodatek - podobno - nie lubiły
się to już tylko kropka nad "i". Najechany koń strzelił kopytami
prosto w kolano mojej siostry. Skutki były opłakane a leczenie
długotrwałe i skomplikowane. Siostra już nigdy nie wsiądzie na konia
- potrafię to zrozumieć. Szkoda tylko, że "szlaban" na jazdę konną
ma również siostrzenica. Przynajmniej tak długo, dopóki jej rodzice
mają coś do powiedzenia.
Mnie uczono tak:
jedź zawsze w
zastępie dokładnie za poprzedzającym koniem tak, żebyś między uszami
swojego widział tylne kopyta tamtego. Jeśli nie utrzymasz odległości i
coś się stanie to oberwie twój koń a nie ty. No i pamiętaj, że koń
MOŻE kopnąć.
Poniżej corpus delicti czyli zdjęcie mojej
kopniętej
siostry:
![]() |
(Obok nogi w gipsie wspina się na łapki Borys , który niedawno odszedł do kociego raju po burzliwym życiu, przejechany przez samochód. Osierocił wiele dzieci i żonę z sąsiedztwa, która ciągle przychodzi do domu mojej siostry.) |
Michał.
Dobrym zwyczajem w zastępie jest przekazywanie od
czoła ustnych informacji o ewentualnym zagrożeniu.
Pewnego razu
całą rodziną braliśmy udział w konnym spacerze. Trwał spokojny kłus
leśną ścieżką - pełen luz. Wtem od czoła słychać:
"uwaga gałąź
..., uwaga gałąź ..., uwaga gałąź ..., ..., ...DUP!".
To nasz
skory do zadumy w każdej sytuacji Michał zawisł na gałęzi, po czym
spadł z niej na glebę jak grucha.
"Kaskader".
Posłuchajcie opowieści o tym, jak jeździec chciał być mądrzejszy od konia.
Podczas naszego wiosennego pobytu w Bieszczadach,
w czasie ferii wielkanocnych 1997, warunki w terenie były ciężkie.
Niżej błoto i łachy podtopionego śniegu, wyżej coraz więcej śniegu,
aż po zaspy sięgające koniom pod brzuchy.
Tomek
zarządził galop, a w górach to nie żarty. Wcześniej jeszcze sprawdził, czy nie
zapomnieliśmy, jak się jeździ. Kazał nam skakać przez pokaźną
kłodę zwalonego drzewa i nawet nas pochwalił. No i jedziemy:
najpierw szeroko, przez polanę, potem zwężenie i wjazd na leśną
drogę. Tomek poprowadził lekkim łukiem pod drzewa, na skraj drogi
i tak poszły wszystkie konie, oprócz ...
Nie wiedzieć czemu,
mnie zachciało się - wymuszając to na koniu - ściąć ten
łuk i ... więcej grzechów nie pamiętam! Na środku drogi był równiutko
zamaskowany śniegiem dół, w który mój koń wpadł przednimi nogami po
pachy. Resztę możecie sobie dośpiewać. Było to zapewne tak widowiskowe,
jak podcięcie nóg galopującego konia w klasycznym westernie. Tylko ja
nie zdążyłem się tym "podelektować". Jeśli komuś z Was spadła nagle
i niespodziewanie cegła na głowę, to wie jakie miałem odczucie
(czy raczej brak odczuć). Kiedy wróciło mi widzenie stwierdziłem,
że jedną rękę mam pionowo wbitą w zaspę pod sobą. A co by było,
gdybym nie trafił w zaspę? O pokiereszowanej twarzy już nie mówię.
Na szczęście mogłem zaraz wsiąść na konia i pojechać dalej.
Była to kolejna nauczka, żeby z zastępu się nie wychylać. Jednak
ja prócz tego przypomniałem sobie boleśnie o jeszcze ważniejszych naukach Tomka:
koń nie jest samobójcą, ma instynkt samozachowawczy i swoją końską
mądrość. Na swoim, doskonale sobie znanym terenie, to koń wie
lepiej niż jakiś wczasowicz, jaką drogę wybrać. Są sytuacje, kiedy
trzeba całkowicie zdać się na swojego wierzchowca i nawet nie próbować
kierować każdym jego krokiem.
Przyzwyczaił się ...
(nadesłane przez Tańczącą-Z-Końmi)
Moja koleżanka ma kilka koni, w tym pięknego,
gniadego wałacha - WKKWistę. Gdy tylko poczuje wiatr smagający
go po chrapach i uszach - "nie ma szans na przeżycie".
Spokojny galop w jednej chwili zamienia się w szalony cwał. I za to
kocham tego konia. Lubi wolność.
Jak wiecie,
konie do WKKW są ogromnie zwrotne, co często
wykorzystują bez "uzgodnienia" tego z jeźdźcem :)) Podczas
jazdy na całkiem dużym padoku, na którym można naprawdę swobodnie galopować,
pewna "świetnie jeżdżąca", jeździła na nim podczas mojej nieobecności bez przerwy w jednym kierunku.
Kiedy po powrocie znów go dosiadłam, po rozgrzewce w stępie i w kłusie przyszedł czas na
galop... Po zmianie kierunku w galopie koń próbował bardzo ostro
zawrócić i zmienić kierunek na poprzedni. Spodziewałam się tego i udało mi się
jednak skręcić. Skręcić?! To przypominało zawody barrel racing!!! Fakt, że
po sekundzie zrobił to samo w drugim kierunku lekko mnie zaskoczył...
I stało się. Wykonałam pięknego fikołka spadając na nogi, tuż przed
koniem. I co zabawniejsze, podczas "lotu" trzymałam wodze. Wyglądało
to tak, jakbym trzymała konia w ręku. "Widownia", to znaczy moi znajomi
jeźdźcy zgodnie orzekli, że takiego zejścia z konia to jeszcze nie widzieli.
Ja też nie. Miałam szczęście. Tego chyba nigdy nie zapomnę.
Rozmyśliłam się ...
(nadesłane przez Tańczącą-Z-Końmi)
Nie zawsze "spadaaanieee..."
kończy się upadkiem. Sama jestem na to dowodem. Jechałam w teren z
moją koleżanką. Ona z przodu na gniadym wałachu, ja za nią na
klaczy, pieszczotliwie nazwanej Malutką. W lesie, a raczej na jego
skraju, tam gdzie zaczynało się pole leżała powalona brzózka, a na
niej prowizoryczny drąg z żerdzi. No i jak tu nie skoczyć? Ona
ruszyła galopem. Skoczyła. Ja też ruszyłam. I skoczyłam. Wszystko
byłoby O.K., gdyby nie fikuśne wierzgnięcie Malutkiej ponad przeszkodą.
Wyrzuciło mnie z siodła, a raczej przed siodło. Kobyłka zaczęła
galopować po polu. Cała "procedura" gotowości do upadku wykonana: nogi ze
strzemion (same wyleciały), wodze z rąk, ja na końskiej szyi, galop.
Możecie mi wierzyć na słowo: nie jest wygodnie ani ciutkę -
ja wolę w siodle!. Ale nie, nie dałam się. Wróciłam w siodło,
złapałam wodze, nie fatygowałam się wkładaniem stóp w strzemiona -
zrobiłam to po zatrzymaniu... I muszę powiedzieć, że byłam z siebie dumna. Bo co
innego powiedzieć "spadłam", a co innego "miałam spaść, ale w
ostatniej chwili się rozmyśliłam". No i zawsze o parę siniaków
mniej... :))
O włos ...
(nadesłane przez Tańczącą-Z-Końmi)
Pewnego roku na wczasach konnych,
klacz Baśka ("wyścigówa"- z każdym koniem chciała się spróbować na
szybkość) zobaczyła Bareczka - konia równie "wyścigowego", no i
zebrało jej się na rywalizację. Dobrze, że to było na padoku bo
wyrwała OSTRO. Nie wysiedziałam. Jedna noga ze strzemienia, druga
ciągle "w". Już spadałam, ale złapałam się jeszcze za łęk i
barrrrdzo widowiskowo, wręcz komicznie wdrapywałam się z powrotem.
Żeby to chociaż klacz stała w miejscu... ale gdzie tam!!! Padok sobie
zwiedzała! Instruktor krzyczał do mnie "zejdź, zejdź, nie
wchodź!!". No to nie wchodziłam (o ja głupia!). Stanęłam na ziemi w
zamieszaniu. Chciałam złapać wodze i podejść do żerdzi - nie
poczułam, że koń stanął mi na stopę. Obróciłam się i straciłam
równowagę. Upadłam, ale podparłam się z tyłu rękoma. Baśka się
spłoszyła. Wierzgnęła kopytami TUŻ nad moją głową. Piach spod jej
kopyt wleciał mi do oczu. Gdyby kopnęła trochę niżej dostałabym w
głowę i... wszyscy wiemy bardzo dobrze, co by było dalej. Może lepiej
było nie posłuchać i zostać na grzbiecie?
Teraz się cieszę, że nadepnęła mi na nogę - bo nie trafiła w głowę.
Co było dalej? Wstałam, wsiadłam, i pojechałam. Jak gdyby nigdy nic.
"Zdrajca".
(nadesłane przez Tańczącą-Z-Końmi)
Był pierwszy dzień wiosny. Razem z klasą
wybraliśmy się do stadniny, gdzie jedną z atrakcji była jazda konna.
Instruktor wiedział, że umiem jeździć, więc dał mi osobnego konia -
Iris. Reszta zasuwała na lonży. Miałam konia dla siebie na ponad
dwie godziny.
Wcześniej padał śnieg i gruba warstwa białego puchu zakrywała
padok. No tak - dosiadłam sobie siwej i powoli
się rozgrzewałyśmy. Muszę dodać, że były również przejazdy
bryczką, którą ciągnął kary ogier - ślązak. Jechałam
sobie wzdłuż ściany, kiedy przyjechała bryczka. Trzymałam konia w
kłusie, bo wiedziałam, że może się spłoszyć. No i było OK - do
czasu. Kątem oka zobaczyłam, że z bryczki wyskoczył pies i biegnie
prosto pod kopyta Iris. Zdążyłam tylko pomyśleć: Boże... znowu się
zaczyna... Byłam gotowa na ekscesy panny Iris. Strzelała baranki,
stawała dęba, wierzgała mocno z tylnych kopyt. No i dobrze - to wytrzymałam.
Ale kiedy zapowiadał się
powrót do normalności, tak na zakończenie - śliczny baranek. No i
wyrzuciło mnie z siodła. Poleciałam przed konia, trzymając wodze,
żeby mi nie zwiała. Leżałam na śniegu, ale jej wrażeń
było mało, więc postanowiła zafundować mi sanki. Ekhm... to jest...
ja byłam tymi sankami, które ona ciągnęła. Puściłam wodze, po czym złapałam
konia i
wsiadłam. Żebyście to widzieli! Cała klasa zamarła, a
wychowawczyni krzyczała: proszę cię, zejdź już z tego
konika!!! Ani mi się śniło! Hmm... A później, niewiele później,
kochana klacz ubzdurała sobie, że ta maluteńka zaspa, to przeszkoda
na miarę olimpijską - klasa C. Skoczyła, a ja razem z nią. Brykanie po
przeszkodzie zniosłam ze stoickim spokojem. W przeciwieństwie
do mojej klasy... Toczek odleciał 50 m dalej. Dobrze, że bez
głowy... Tak, to była niezapomniana jazda.
Psa, który spowodował zamieszanie ochrzciłam imieniem "Zdrajca", jego
całą rodzinę też. W telewizji mamy "Rodzinę Soprano", a w
naszej stadninie "Rodzinę Zdrajców". I tak już zostało - to najlepsza
pamiątka.
Każdy fruwać może ...
... i zapewne dlatego przydarzył mi się właśnie najgłupszy upadek
od czasu "skoku przez konia". Pewnie też i sprawa do tego dojrzała,
bo już parę lat nie spadłem, poczułem się w związku z tym
pewnie, a jak mówią ci co twórczo rozwijają prawo Murphy'ego: jeśli
nie może zdarzyć się nic złego, to na pewno się zdarzy. A było to tak:
Jadę sobie na największym - najwyższym, najgrubszym, najcięższym -
i najsilniejszym koniu w stajni, misiowatej Bercie pochodzenia prawdopodobnie
śląskiego. Cwałuję? Galopuję? Szybko kłusuję? Nie. Chód można by
nazwać "zanikającym kłusem" - niech mi wybaczą mistrzowie. A może teren
jest pioruńsko trudny? Nie. Łazimy sobie po równej jak stół łące.
I nagle biedna Berta potyka się. To nic, podniesie się ... leci dalej?
Nie, to niemożliwe, podniesie się ... o cholera, lecimy! Przetoczy się
przeze mnie i zrobi ze mnie naleśnika ...! Byłem przekonany, że Berta
leży już przodem na ziemi i pomyślałem o ewakuowaniu się z siodła.
W tym momencie kobyłka
znajduje jednak oparcie na swoim nosie. Wiecie co wtedy robi koń? No
właśnie - chce jak najszybciej wstać. Ile tylko ma siły, opierając się
na nosie i tylnych nogach, wyrzuca swój tułów, swój grzbiet, swoje siodło
i swojego jeźdźca w górę! Leciałem podobno dość godnie, jakby w zwolnionym
tempie - to ten wiek i urząd - nie puszczając wodzy. Nie wiem tylko,
dlaczego wszyscy mieli tak przerażone miny, a jeden z kolegów wyciągając
w geście pocieszenia rękę w kierunku moich pleców, zawahał się jednak
i zapytał:
- Mogę cię poklepać?
- Nie rozlecisz się?
Aaaale śmieszne ... :((
Ja, to miałam przeżycie!
Dzisiaj znów były u nas nieprzewidziane emocje. Jeździliśmy na
nieogrodzonej łączce, jakieś 150-200m od stajni. Chętnych na jazdę
było tylko czworo, więc było dużo swobody, którą odczuwały chyba
również konie. Do tego wiał dość silny wiatr, który zawsze jest
dla koni środkiem pobudzającym. Poza tym pogoda była bardzo ładna
jak na koniec listopada. Jednym z koni był młody wałach "z fantazją",
o imieniu (nomen-omen) Tajfun. Galopowaliśmy już jakiś czas po bardzo
dużym kole gdy nagle, kiedy byliśmy twarzą do stajni, Tajfuna wystrzeliła
z tego koła jakaś "siła odśrodkowa". Nie była to nowość w jego wykonaniu,
tylko że tym razem nie ograniczało go ogrodzenie okólnika. Siedząca
na nim amazonka była bezradna - włączał coraz wyższe biegi kierując się
niby do stajni. Niby, bo tak naprawdę wpadł z trzecią prędkością kosmiczną
na dróżkę prowadzącą wprost do ruchliwej szosy. Skóra zaczęła wszystkim
cierpnąć. Amazonka widziała chyba to co my, bo celowo, w sposób zamierzony,
"zsiadła" z konia. Wiadomo, jak to wyglądało. Właśnie tak, jakby tajfun rzucił
kogoś na ziemię. I wtedy, kiedy już tylko jakieś 20m od szosy Tajfun pozbył się
balastu, wykonał piękny slidestop (ślady miały z 5m) po czym spokojnie
udał się do stajni. Kiedy go za chwilę stamtąd wyprowadzano miał już pysk
pełen siana.
Ale to wszystko nic. Kiedy lekko zszokowana i mocno obolała amazonka wróciła
na łąkę, usłyszała od pewnej małej gaduły cały czas komentującej wydarzenie:
- Tobie to nic! Ja to miałam strasznie - musiałam na to wszystko patrzeć!
Ku przestrodze!
Tym razem nie będzie do śmiechu.
Opiszę wypadek, jaki przydarzył się prezesowi klubu jeździeckiego, w którym kiedyś
jeździliśmy. Miał (prezes) i pewnie ma nadal swojego konia, w związku z czym mógł
sobie jeździć gdzie chciał i kiedy chciał. Jeźdźcem jest znakomitym i bardzo
doświadczonym. Może właśnie dlatego miał zwyczaj zabierania zawsze ze sobą na
przejażdżki jeszcze kogoś. I to uratowało mu być może życie, a co najmniej ocaliło
go przed poważną i trwałą utratą zdrowia. Pewnego razu spadł z konia i uderzył
głową tak nieszczęśliwie, że przytomność odzyskał dopiero w szpitalu. Nie muszę
dodawać, że spędził w tym szpitalu dużo czasu i było z nim bardzo źle. A znalazł się
w tym szpitalu na czas tylko dlatego, że osoba towarzysząca wróciła pędem do stajni
i sprowadziła pomoc. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby był sam? Ile czasu mogłoby
minąć zanim ktoś by się zorientował, że coś nie gra? A ile czasu mogłoby minąć,
zanim by go odnaleziono w lesie, a dokładniej w Puszczy Zielonce, bo tam miał miejsce
wypadek?
Wnioski nasuwają się chyba same? Mogę tylko dodać, że moim zdaniem im większa grupa,
tym lepiej. Wtedy przy poszkodowanym można kogoś zostawić, sprowadzający pomoc też
nie musiałby być sam (nieszczęścia chodza czasem parami!).
c.d.n.